Długa podróż autokarem... Nie przeszkadzała nam zupełnie, bo zaraz po niej Florencja, Rzym i na koniec Asyż. Miejsca, które juz dawno wszyscy chcieliśmy zobaczyć, a w końcu nadarzyła sie okazja. Od razu zauważyliśmy, że przekroczyliśmy granicę Włoch, ponieważ krajobraz i klimat zupełnie sie zmieniły, góry zostały zastąpione plantacjami winogron, domami z płaskimi dachami i okiennicami w oknach. Gdy mijaliśmy Bolonię, wewnętrznie byliśmy gotowi na miasto zarządzane niegdyś przez Medyceuszów - Florencję.
Intensywne zwiedzanie, główny plac we Florencji i wszystkie rzeźby, fontanna i pełno turystów. Florencję miałam okazję zobaczyć już drugi raz i tym razem zdecydowanie bardziej ją polubiłam. Wąskie uliczki i ich włoski klimat sprawiły, że od razu chciało się spędzić tam więcej czasu. Ponoć dopiero po przejściu się nieturystycznymi ulicami można poznać dane miasto i muszę się z tym zgodzić. Zapachy regionalnej kuchni, pranie rozwieszone na sznurkach nad przejściami, niczym w Wenecji, to są właśnie prawdziwe Włochy. Nie mieliśmy niestety za dużo czasu, żeby zobaczyć wszystko, choć uważam, że każda minuta była warta tej długiej podróży i naszego zmęczenia. Gdy szliśmy w kierunku Mostu Złotników, mogliśmy kupić różne ”pamiątki”, jak chociażby podrobione torebki od „wybitnych włoskich i francuskich projektantów” sprzedawane przez okolicznych mieszkańców, którzy zdecydowanie mogą pobić rekord jeśli chodzi o rozkładanie i składanie swoich stoisk, gdy tylko zdarzy się taka potrzeba. We Florencji spędziliśmy kilka godzin i udaliśmy się w dalszą podróż.